Posadź sobie nadzieję

Tegoroczna zima dała naprawdę solidnie w kość wielu ogrodnikom w naszym kraju, w szczególności tym mieszkającym w centralnej i wschodniej części Polski. Czy jednak ta pora roku, nawet bardzo śnieżna i mroźna, a także niewiele od niej lepsze przedwiośnie, muszą oznaczać całkowity brak koloru w ogrodzie? Bynajmniej!

Wyobraźmy sobie taką sytuację: jest środek zimy, cały ogród przykrywa gruba śnieżna pierzyna, poza dominującą bielą obecne są w zasadzie tylko dwa inne kolory – brązowe, zaschnięte pędy ubiegłorocznych roślin i kilka mniej lub bardziej intensywnych odcieni zieleni na iglakach i roślinach zimozielonych. I nagle pośród tej monotonii pojawia się intensywna żółć. Najpierw bardzo powoli, w postaci niepewnie rozwijających się pączków, które jednak z każdym kolejnym dniem nabierają śmiałości, przekształcając się w coraz dłuższe delikatne paseczki, aż w końcu zaczynają przypominać – jak bardzo trafnie określiła to moja przyjaciółka – nudle. Następnie w środku każdej takiej zwitki pojawia się drobny bordowy kwiatek, który wygląda niczym miniaturowy ciemiernik, tyle że z czterema, a nie pięcioma płatkami. A potem do tego wszystkiego dochodzi jeszcze oszałamiający zapach, który trudno porównać z czymkolwiek innym – trzeba go po prostu poczuć. A w naprawdę słoneczny dzień nawet nie trzeba się nachylać w jego kierunku, wystarczy po prostu przejść obok, żeby doświadczyć tej przyjemności.

Oczar pośredni ‘Arnold Promise’, bo o nim mowa, wywodzi się z Arboretum Arnolda na Uniwersytecie Harvardzkim. W sprzyjających warunkach może osiągnąć do 4 metrów wysokości i tyle samo szerokości. Preferuje stanowisko słoneczne, osłonięte od wiatru oraz glebę kwaśną i wilgotną. I to właśnie ten ostatni warunek sprawiał, że choć oczar podobał mi się od zawsze, to jednak długo obawiałem się go posadzić w moim ogrodzie, gdzie ziemia jest sucha jak pieprz. W sporej części ogrodu w zasadzie nawet trudno nazwać ją ziemią – to jest po prostu piach udekorowany z wierzchu cienką warstewką szarawego pyłu 5. i 6. klasy (na tej ostatniej nawet rośliny potocznie uznawane za chwasty nie chcą rosnąć). Ale w końcu uznałem, że jeśli ryzykuję z tyloma innymi roślinami, to mogę i z oczarem. Trudno, najwyżej będę go regularnie podlewał i liczył na cud.

W styczniu, kiedy temperatura przy gruncie spadła w czasie kilku nocy do blisko -30°C, byłem przekonany, że krzew nie ma szans przetrwać. Ale przyszedł luty i okazało się, że ryzyko jednak się opłaciło. Trudno nawet opisać radość, jaką sprawił mi widok pierwszych pękających pączków. A potem z każdym dniem było jeszcze lepiej. I to nie tylko dla mnie. Dokładnie 2 marca zapach oczaru przywabił pierwszego bzyga w tym sezonie. Mały gość był dosłownie przeszczęśliwy, że trafił na tak wspaniałe źródło pożywienia.

Niemniej uradowane były również pierwsze trzmiele, pszczoły i motyle (i to nie tylko cytrynki, pojawiła się już nawet rusałka pawik, choć akurat tak wczesna wizyta tego ostatniego motyla budzi moje spore obawy odnośnie ich szans przetrwania). Dla nich z kolei magnesem – jak co roku – są krokusy. Uwielbiam te drobne roślinki, pomimo tego, że zachowują się trochę jak primadonny i w przypadku braku słońca ich kielichy pozostają zamknięte (w odróżnieniu choćby od narcyzów, które w ogóle nie przejmują się takimi drobnostkami). Co roku dosadzam kolejną partię i dzięki temu uzbierała mi się już całkiem pokaźna kolekcja odmian – począwszy od najwcześniej pojawiającej się w moim ogrodzie Early Gold, poprzez krokusy Tommasiniego, Lilac Beauty, Vanguard, moje ulubione Pickwicki, Conqueror czy King of the Striped. Pewnie o jakiejś odmianie jeszcze zapomniałem, ale tak naprawdę nie jest to aż tak istotne.

Co natomiast bardzo ważne w przypadku krokusów, to ilość jaką sadzimy. Niestety (dla naszego portfela) tu zasada jest prosta – im więcej, tym lepiej. Gdy kupujemy cebulki, może się wydawać, że 100 czy 200 sztuk to sporo. Tak byłoby w przypadku wspomnianych narcyzów czy tulipanów (choć raczej nie botanicznych), ale krokusy, żeby wyglądać najefektowniej, muszą rosnąć w naprawdę dużej masie. Stąd też najlepiej zaplanować ich sadzenie od razu w czasie zakładania nowego ogrodu. Wtedy wystarczy ułożyć cebulki w podłożu i wysypać na nie warstwę świeżej ziemi. W przypadku dosadzania można też zastosować metodę podkopania i ściągnięcia darni na głębokość nie większą niż 10 centymetrów, ale nie chcąc zbytnio naruszać struktury gleby trudno w ten sposób posadzić w jednym miejscu więcej niż kilkadziesiąt cebulek.

Plus jest taki, że jeśli krokusom warunki w naszym ogrodzie będą sprzyjać, to powinny się świetnie naturalizować i z roku na rok powinno ich przybywać. Zwłaszcza, że – w odróżnieniu od chociażby Brytyjczyków – w Polsce nie musimy się martwić tym, że nasze drogocenne cebulki nie doczekają wiosny, pożarte przez szare wiewiórki. Póki co, nasze rudzielce na szczęście preferują jednak orzechy, żołędzie i szyszki. A swoją drogą, całkiem niezłą metodą, żeby sporo zaoszczędzić, jest czekanie na jesienne wyprzedaże. Oczywiście trudno w ten sposób nabyć najbardziej pożądane odmiany (zwłaszcza fioletowe), ale żółte cieszą się mniejszą popularnością – dwa sezony temu udało mi się na początku listopada kupić 200 sztuk Early Gold za niespełna 50 zł. I choć teoretycznie krokusy powinny się sadzić we wrześniu i w październiku, to z uwagi na zmiany klimatu spokojnie możemy to robić jeszcze właśnie w pierwszej połowie listopadzie.

Korzyści z takiego wczesnowiosennego spektaklu, jaki prezentuje łan krokusów, odczujemy zarówno my sami, ciesząc oczy ich niesamowitymi barwami i wzorami (jak również wspaniałym zapachem, choć aby się o tym przekonać, trzeba zazwyczaj mocno przyklęknąć), ale przede wszystkim owady zapylające, które właśnie budzą się z zimowego snu. Królowa trzmieli musi się porządnie najeść, żeby mieć energię potrzebną do założenia nowej kolonii. Podobnie pszczoły, które na przednówku nie mają już zwykle zapasów miodu. Pamiętajmy, że od ich dobrostanu zależy cały nasz nadchodzący sezon ogrodowy, zwłaszcza jeśli uprawiamy warzywa i owoce. Dlatego sadźmy oczary i krokusy, jeśli tylko mamy ku temu warunki. W żadnym innym momencie roku te radosne barwy nie są nam aż tak bardzo potrzebne, żeby znów obudziła się w nas nadzieja.


Autor tekstu i zdjęć: BARTOSZ MSZYCA – przez wiele był dziennikarzem ekonomicznym (m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Parkiecie” i „Bloomberg Businessweek”). Ogrodnictwem w różnym stopniu zajmował się w zasadzie od dziecka; od kiedy pamięta, uwielbiał również przebywać na łonie natury. Od kilku lat rozwija swój dziki ogród pod Warszawą. Miłośnik łąk i roślin odpornych na trudne warunki glebowe i klimatyczne. Zachęca wszystkich, żeby tworzyli ogrody przyjazne dla dzikich stworzeń. Swoją wiedzę stara się przekazywać m. in. za pośrednictwem konta na Instagramie (bartosz_mszyca). Studiuje podyplomowo Ochronę Środowiska na Uniwersytecie Warszawskim.


Next
Next

Ogród siedliskowy. Jak projektować w zgodzie z przyrodą?