Podróż po ogrodzie naturalnie zmiennym. Molinia Garden – ogród jaki był a jest teraz i jak to się wszystko zaczęło.

Pamiętam dosyć dokładnie ... moja przygoda z ogrodem zaczęła się od Rodzinnych Ogródków Działkowych, gdzie moi rodzice mieli sporą działkę w otulinie lasu Puszczy Bolimowskiej. Działka ta pomieściła warzywa, szklarnię, sad jabłkowy, inne drzewa owocowe, drewnianą altankę z najpyszniejszym oplecionym na niej winogronem, który uwielbiały leśne ptaki, kwiatowy klomb kwiatów jednorocznych, w tym moich ulubionych lwich paszczy oraz wieloletnie byliny między innymi irysy syberyjskie, które do dziś są u nas w ogrodzie i mają się świetnie. Także tulipany i konwalie - ukochane kwiaty mojej mamy pojawiały się budząc ogródek z długiego, czasem bardzo zimnego przedwiośnia. Jako dziecko mogłam też zaglądać do profesjonalnych starych szklarni, gdzie zapach ziemi, roślin i parowania wody unosił się w wilgotnym, gorącym powietrzu. Uwielbiałam wyobrażać sobie wtedy pracę przy roślinach, które miałabym pod swoją opieką. Owe szklarnie stały się wówczas moim niedoścignionym marzeniem, tajemniczym miejscem, gdzie nie każdy mógł od tak sobie wejść. Ja mogłam, bo mój tata od zawsze związany jest z ogrodnictwem i czułam się zatem bardzo wyróżniona, że mogę oglądać wzrost roślin 'od zaplecza'.

Duży wpływ również na postrzeganie krajobrazu jako budującego się w głowie obrazu ogrodu myślę, że miała u mnie wieś i wakacje u babci - rozciągające się nad rzeką Bzurą łąki po horozont, czas żniw i smak pierwszych papierówek zbieranych z miedzy zakorzeniły się w mojej pamięci i intuicyjnie do nich powracam - marzenie o małym sadzie jabłoniowym właśnie się u nas spełnia i to jabłoń zaraz obok dębu jest moim ukochanym drzewem. Także przedogródki mojej babci i mieszkańców wsi pełne barw i mieszaniny letnich zachwytów pamiętam do dziś, stąd moja miłość do malw, którymi stale staram się zarażać innych.

Poruszając się na osi czasu, dobre 16 lat temu wraz z moim mężem, przejęliśmy opiekę nad wcześniej wspomnianą działką leśną w ROD 'Konwalia', będącą w mojej rodzinie od wczesnych lat 80- tych i zaczęliśmy tam swoją niekończącą się przygodę z ogrodem. W naszej wsi w centralnej Polsce na Ziemi Łódzkiej zakorzeniliśmy się około 11 lat temu zaczynając od pustego pola, gdzieniegdzie utkanego krzakami wiekowych porzeczek, część działki porastał trzcinnik piaskowy i nawłoć a wśród nich można było dojrzeć dwie malutkie wówczas perełki – dęby, dziś już spore serca naszego ogrodu.

Wtedy też po raz pierwszy natknęłam się na zdjęcie Piet'a Oudolfa - przystojnego mężczyzny ze zjawiskową siwizną, która pięknie rysowała się na tle - słynnych nasadzeń przypominających rzeki kolorów, był to projekt w Pensthorpe Millennium Garden. Zauroczona zaczęłam szukać, co ponad 10 lat temu nie było łatwe książek Piet'a i zamawiałam je w księgarniach, które sprowadzały je z zagranicy. Dziś pokaźna biblioteka książki i prasa, wizyty w ogrodach u samego Mistrza Piet'a Oudolfa i jego żony Anji, Petera Korna i Julii Andersson w Klinta Trädgård w Malmö oraz Sympozjum i wizyta w Beth Chatto Gardens i w najnowszym Vandalorum Muzeum Sztuki i Dizajnu w Värnamo, wizyty wspaniałych kobiet Hanny Mierzejawskiej – Packer, Małgorzaty Kiedrzyńskiej oraz Mai Popielarskiej w naszym ogrodzie, także nasze spotkania na Konferencjach Garden Masterclass Polska w Warszawie, 'Pierwsze spotkanie sympatyków ogrodów preriowych w Przystanku Zieleń', którego pomysłodawczynią jest Magda Paszek właścicielka cudownego miejsca na mapie Polski, ba i rozmowy z czującymi, rezonującymi tożsamo ludźmi kochającymi przyrodę tak jak ja ukształtowały mnie jako część mikrocząstki w kosmosie makroświata jakim jest natura.

Właśnie tam, gdzie spotkała się idea ogrodu przydomowego a krajobrazu, który nas otaczał klarowała się koncepcja stworzenia miejsca z poszanowaniem tego, co zastaliśmy z naciskiem na synergię z otaczającym nas środowiskiem. Preria towarzyszyła nam odkąd przeprowdziliśmy się na wieś i sąsiedztwo koni pasących się obok na łące stało się naszą codziennością. Ogród powstawał w harmonii tego obrazu, który był poza jego granicami i miłości do ogrodów preriowych oglądanych wówczas w literaturze autorów, którzy byli i są mistrzami, ekspertami w tym temacie. Choć fascynacja tymi ogrodami była ogromna ciągle towarzyszyło mi poczucie zaadoptowania ich na naszym kawałku ziemi, ale z przeniesieniem ich jednak na grunt ogrodu przydomowego tzn. takiego, w którym każdy będzie czuł się swobodnie a tradycja polskiego krajobrazu łąk, pól, lasów będzie zachowana i widoczna. Tu zaczęły ścierać się idea suchej prerii z uwzględnieniem naszych warunków klimatycznych i ciągle żywego w mojej pamięci ogrodu wiejskiego z całym jego nieco chaotycznym dobrodziejstwem.

Dlatego mówię o naszym ogrodzie, że jest naturalnie zmienny, bo nie jest w swojej istocie stworzony przez naturę, jest w nim widoczna ręka człowieka, który zaplanował zarys ogrodu, a wolność w postaci mieszania się poprzez przenikanie, samosiew bylin i traw po latach dał poczucie swobody i przypadku, uczynił go naturalnie zmiennym.

To moje małe odkrycie zmieniło nasze podejście do posiadania kawałka ziemi tu i teraz, za który jesteśmy odpowiedzialni. Chcąc choć po części zwrócić przyrodzie to co jej zabraliśmy, czyli wprowadziliśmy nawierzchnie i wybudowaliśmy dom, naszym obowiązkiem stało się zapewnienie innym - zamieszkującym ten teren długo przed nami, jak najbardziej komfortowych warunków dalszego trwania a nawet zwiększenia zasobności stworzonego ogrodu, tak aby każdy czuł się w nim dobrze. Zatem aby cieszyć się ogrodem naturalnie zmiennym należy wprowadzić do niego jak najwięcej 'życia' im bardziej będzie zróżnicowany, pełen pokarmu dla fauny tym bardziej będzie sam ewoluował i przekształcał się woazę przyjazną naturze – będzie ją wzbogacał – nie zakłócał. Gatunki roślin odpowiednio dobrane do warunków w nim panujących i możliwość ich swobodnej migracji zaczną budować krajobraz, w którym o każdej porze roku ogód będzie atrakcyjny dla mieszkańców i nas jego twórców. Właśnie o to w tym wszystkim chodzi, a my jesteśmy tylko częścią tej fascynującej układanki jaką jest ogród, gdy przyroda przejmie stery nasze starania nabierają sensu i rosną razem ze zmieniającym się widokiem dzieła zaplanowanego przypadku. Oczywiście młody, świeży ogród będzie wymagał od nas ogromu pracy, młode rośliny wciąż będą miały konkurencję i to będzie nie lada wyzwanie, ale im dalej tym kontroli nad równowagą będzie mniej, scenę przejmą już pokaźne kępy bylin i traw, krzewy i rozrastające się drzewa, to będzie ten moment kiedy będziemy wspomagać ogród nie przeszkadzając. U nas po kilku latach jest jak w 'prastarej puszczy' - upraszczając 'co gdzie upadnie' tam pozostaje. Jedyne przygotowanie ogrodu do kolejnego sezonu przeprowadzamy na przednówku, czyli zanim skończy się zima a jeszcze wiosna się nie rozpocznie. Ścinamy byliny i trawy, tniemy żywopłot, w lekkim bezładzie pozostawiając co nieco na rabatach. Przez kolejne pory roku jeśli coś usycha, połamie się samo lub domowe zwierzęta kaczki czy psy zaaranżują przestrzeń po swojemu części roślin, organika pozostają aż do porządków na przednówku.

Wobec tego ogród naturalnie zmienny nie jest 'dla każdego' bo nie jesteśmy tacy sami w swoich przekonaniach, wyborach, czy szeroko pojętej estetyce. Taki ogród jest dla osób, które są gotowe na swobodę, na wprowadzenie gatunków, które będą się wysiewać i pojawiać tam gdzie je wiatr lub ptak zaniesie, dla których mech, mrówka, mysz, nornica, kret nie będą intruzem a sprzymierzeńcem. Wreszcie dla tych, którzy widzą lub też dopiero uczą się patrzeć głębiej – dalej poza utarte ramy piękna i harmonii kolorów. W ogrodach naturalnie zmiennych jedyne czego trzeba przestrzegać to słynne słowa Beth Chatto 'right plant, right place'. Dozwolony jest wszelki kolor, bo dla ptaków, pszczół, małych i większych żyjątek smak i zasobność ogrodu w składniki pokarmowe są ważniejsze niż moda. Ten świat, który stworzymy – ogród naturalnie zmienny pozostawiamy, przyglądamy się procesom w nim zachodzącym, ingerujemy z poszanowaniem życia wszelakiego, jeśli musimy, oczywiście możemy 'grzebać w ziemi', dosadzać, przesadzać, doglądać, podlać przy ekstremalnej suszy – cieszymy się i odpoczywamy w nim, podziwiając obok przelatującego jak odrzutowiec trzmiela. W ogrodzie naturalnie zmiennym nie chodzi też o to, żeby był 'zapomniany' chodzi o to, żeby był doglądany z czułością i szacunkiem dla ekosystemu, który się tam klaruje. W swoich działaniach zwracamy choć po części ten kawałek przyrodzie, nad którym w tym danym nam momencie - oknie czasu mamy panowanie.

Bardzo ważne jest również to, o czym wspomniałam wcześniej, czyli jakie rośliny zagoszczą w takim naturalnie zmiennym ogrodzie i tu rozpoczyna się historia i cel, które były motorem napędowym do powstania Szkółki Molinia Garden. W czasie kiedy zaczęliśmy zagospodarowywać teren wokół naszego domostwa wybór drzew, bylin, traw, krzewów a raczej jego brak stał się punktem zwrotnym i zaowocował pomysłem aby samemu zacząć uprawiać gatunki tudno dostępne lub mniej znane. Szkółka powstała wiosną w 2020 roku. W Molinia Garden z miłości do nasion powstają kolekcje niszowych bylin i traw w niewielkich ilościach. Cały proces wzrostu przebiega w szklarniach, o których marzyłam – jak się okazuje od czasów dzieciństwa i pod szałasem w warunkach naszego klimatu. Nasiona sprowadzam od świetnych firm, które mają w swojej ofercie ogromy wybór właśnie takich, jak ja to nazywam 'światowych chwastów'. Jeśli są rośliny odmianowe, które uzyskujemy z podziału karp takie również zamawiam zagranicą, głównie w holenderskich szkółkach, z których właścicielami spotkałam się między innymi w ogrodach Beth Chatto. Drzew i krzewów nie mamy w swojej szkółce, ale tu z pomocą przychodzą szkółki leśne lub też takie, które oferują te bardziej pospolite, rodzime gatunki bądź takie, które poradzą sobie w naszym klimacie, bowiem zasobność naszych ogrodów w roślinność rodzimą jest niewątpliwie najlepszym wyborem dla enklawy jaką stworzymy.

Tworząc ten skrawek zielonej oazy nie możemy zapominać o faunie w ogrodzie ... u nas oprócz tej naturalnej, której jest już całkiem sporo, bo np. Mazurki mają u nas gniazda pod nieszczelnym dachem w kilku miejscach, są jeszcze kaczki bieguski świadomie wprowadzone do naszego ekosystemu i teraz już tylko dwa psy, bo nasz Sherlock dżentelmen w każdym calu niestety jakiś czas temu odszedł na drugą stronę tęczowego mostu, bo pokonała go bardzo trudna i ciężka choroba genetyczna. Idąc dalej i mając pod opieką takie spore stado musimy liczyć się też z konsekwencjami jego posiadania. Pomysł zaproszenia kaczek do naszego ogrodu przyjechał z nami ze Szwecji 2,5 roku temu. Wtedy podczas wizyty w Klinta Trädgård Peter Korn i Julia opowiedzieli nam o swoich kaczkach biegusach indyjskich i mogliśmy je też tam po raz pierwszy zobaczyć. Niewątpliwie było to olśniewające odkrycie a obecność naszego stadka liczącego 2 kaczory i 9 kaczek w ogrodzie jest nieoceniona. Dzięki nim utrzymanie równowagi biologicznej ekosystemu jest niezwykle łatwe. To one zjadają większość insektów, czy małych mięczaków tym samym wprowadzając swoje porządki w ogrodzie. Niestety lubią też ‘zieleninę' szczególnie tą świeżą wiosenną na rabatach. Uwielbiają różnik, przegorzany, żeleźniak i jeszcze kilka innych roślin, których nie sposób sobie przypomnieć, ale wiedząc że lubią pewne gatunki my te rośliny po prostu odgradzamy drewnianymi skrzynkami bądź delikatną siatką, która jest zaporą, ale nie zakłóca odbioru ogrodu naturalnie zmiennego. Mając takich sprzymierzeńców ogród jest w równowadze bez stosowania absolutnie żadnych środków do ochrony roślin itp. Cóż, jeśli chodzi o większy kaliber czyli labradorkę Enolę i husky'ego o imieniu Venom to w zwyczaju mam konkludować swoją myśl mówiąc, że uczą mnie i przesuwają granice mojej tolerancji poza skalę, o której mi się czasami nie śniło. Generalnie psiaki chodzą po ścieżkach, bo uczą się od nas i podpatrują jak my chodzimy, przebywamy z nimi właściwie przez większą część roku (bo jak w norweskim przedszkolu głównie siedzimy w plenerze) w ogrodzie zarośniętym chabaziami i to je uczy obycia. Wiadomo, że taki ogród bez trawy dla czworonogów nie jest placem zabaw, ale tam gdzie jest szkółka i kawałek pola to gonitwą nie ma końca. Dlatego spacery na pobliskie pola to też ważny element codzienności, żeby nie było nudy a ogród był w miarę bezpieczny. Oczywiście, zastrzyki adrenaliny i bieg przez płotki-rabaty też się zdarzają, wtedy liczymy straty i zostawiamy to miejsce jak w prastarej puszczy tknięte tylko przez faunę, a z czasem flora poradzi sobie z takim miejscem sama.

Kończąc, mam nadzieję tą być może dla kogoś z Was inspirującą opowieść, zaznaczę iż pamiętam nasze początki, drogę, czasem wyboistą z przygodami do takiego ogrodu jakim jest teraz i myśl jaką chciałabym i mogę podzielić się z Wami, którzy chcą zacząć przygodę z ogrodem naturalnie zmiennym lub są w trakcie takiej transformacji to żeby próbować, nie bać się – eksperymentować, nie patrzeć bezgranicznie na wielkoformatowe projekty światowej sławy projektantów ogrodów, a czerpać z ich ogromnej, unikalnej wiedzy i przenosić pomysł nie 1 do 1, a filtrować i kreatywnie tworzyć kawałek swojego świata po mału, po skrawku, czasem po jednej rabacie czy zakątku. Współpracując z klientami tworzymy razem, bardzo często etapami bo całość jest nierzadko przytłaczająca. Pamiętajmy, że przyroda uczy nas cierpliwości i zrozumienia wystarczy zacząć jej słuchać.

Czas nieśpieszny, pomysł dojrzewający, swoboda i wyobraźnia powinny być naszym drogowskazem.


Autorka tekstu i zdjęć: KAROLINA KOWALCZYK - SITAREK - Ogrodniczka z zamiłowania, dyplomatka z wykształcenia, projektantka ogrodów z miłości do ogrodów naturalnie zmiennych. Jej środowiskiem naturalnym jest ogród o każdej porze roku. Przemijanie i dekadencję w obserwowanej przyrodzie, traktuje z pokorą i akceptacją osiągając tym samym spójność w krajobrazie, który ją otacza. Prowadzi szkółkę nietuzinkowych bylin Molinia Garden


Next
Next

5 zimozielonych krzewów liściastych