Ogród, który ma działać. O podejściu Kelly’ego D. Norrisa i projektowaniu skarp

Kelly D. Norris to jeden z ciekawszych przedstawicieli współczesnego podejścia do projektowania zieleni, mocno osadzony w nurcie New Perennials. Cenię jego sposób pracy, bo punkt wyjścia jest tu dość jasny - nie rabata ani kolor, tylko miejsce. Warunki, które już są, i to, co ma realną szansę się w nich utrzymać w dłuższym czasie.

W jego myśleniu ogród nie jest obrazkiem, który ma się zgadzać wizualnie w pierwszym sezonie. To układ roślin, który ma działać. Rozwijać się na przestrzeni lat, zmieniać i dynamicznie reagować. Ma się utrzymać, zagęścić, ustabilizować przestrzeń. I to brzmi dość prosto, dopóki nie spojrzy się na to, jak często ogrody projektowane są jednak pod szybki efekt. Najlepiej widać tę różnicę tam, gdzie nie ma miejsca na przypadek. Na przykład na skarpach.

Inne spojrzenie na skarpy

Skarpy mają w sobie coś zdradliwego. Niestety jakże częstym widokiem w Polsce są skarpy szczelnie pokryte plastikową matą z powrzucanymi w rządkach jałowcami płożącymi lub igrami. Koszmarny widok.

To nie jest neutralne miejsce. Tu działa woda, która przy większym opadzie potrafi w kilka godzin zrobić więcej szkód niż przez cały sezon suszy. Wypłukuje drobną frakcję gleby, odsłania korzenie, zabiera ze sobą ściółkę. To, co zostało rozłożone i miało poprawiać strukturę gleby, po pierwszym ulewnym deszczu często ląduje na dole skarpy albo na ścieżce.

Do tego dochodzi problem utrzymania wilgoci. Górna część skarpy przesycha błyskawicznie, dolna bywa okresowo bardziej wilgotna. W praktyce oznacza to dwa różne środowiska na kilku metrach różnicy wysokości. Jeśli dobór roślin tego nie uwzględnia, część z nich będzie zawsze „na granicy” przetrwania.

Jest jeszcze kwestia samej struktury nasadzenia. Każda luka między roślinami to potencjalne miejsce erozji. Jeśli powierzchnia nie zamknie się odpowiednio szybko, zaczyna się ręczne łatanie - dosadzanie, poprawianie, walka z tym, co powinno być rozwiązane na etapie projektu. I nagle okazuje się, że skarpa nie wybacza półśrodków. Albo jest przemyślana jako system, albo prędzej czy później zaczyna się rozsypywać.

U Norrisa nie ma jednego technicznego rozwiązania tego problemu. Nie ma mat, siatek czy innych prób trzymania ziemi z góry. Całość opiera się na roślinach i ich strukturze.

Gęste nasadzenia bardzo szybko zamykają powierzchnię, ograniczając spływ i uderzenie deszczu w glebę. Do tego dochodzi system korzeniowy - głęboki i rozbudowany, który działa jak naturalne wzmocnienie gruntu. Różne grupy roślin pełnią różne funkcje, od okrywania powierzchni po stabilizację głębszych warstw. To nie jest walka z wodą, tylko jej spowalnianie i wprowadzanie w glebę. To jest moment, w którym taka skarpa zaczyna naprawdę działać -nie dlatego, że coś ją„trzyma”, tylko dlatego, że cały układ jest od środka stabilny.

Skarpa, która działa (a nie tylko wygląda)

Dobrze widać to na jednej z jego realizacji, gdzie mamy do czynienia właśnie ze skarpą o nachyleniu 45*. Projekt powstał przy Blank Performing Arts Center, na terenie kampusu Simpson College w stanie Iowa. Założenie robi naprawdę duże wrażenie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się lekkie, swobodne, trochę jakby przypadkowe. Byliny mieszają się z trawami, formy przenikają się bez wyraźnych granic. Jest w tym pewna miękkość, która daje wrażenie naturalności.

Kelly jak przystało na współczesnego projektanta zieleni, który mieszka w USA stawia na rodzime dla siebie rośliny. Jak sam pisze projekt skarpy był wyzwaniem, ale i dał sporą paletę możliwości zaaranżowania tego terenu tak by był dynamiczny, kolorowy i atrakcyjny przez cały rok oraz na przestrzeni kolejnych lat. Mimo, że teren był trudny mając pełną swobodę działania Kelly postawił na rodzimą amerykańską prerię zwłaszcza ze stanu Iowa. Stąd skład gatunkowy to w 95% rodzime rośliny. Założenie było proste - kompozycja ma być bujna, samowystarczalna i rozwijać się w czasie. Rośliny są dobrane bardzo konkretnie - takie, które poradzą sobie z warunkami, które będą w stanie się zagęścić i utrzymać glebę na miejscu. Nie ma pustych przestrzeni, które za chwilę trzeba będzie łatać. Całość jest pomyślana tak, żeby możliwie szybko się zamknęła i zaczęła działać jako jeden układ.

Dodatkowo kolor jako pewna lecz świadoma wypadkowa procesu, a nie główny priorytet projektowy. Widać to dobrze, kiedy spojrzy się na tę samą skarpę w różnych momentach sezonu. Wiosną i wczesnym latem dominują byliny raczej w tonacji chłodnej, niebieskiej, różowej, fioletowej - penstemony, jeżówki, mikołajki. Całość jest spokojniejsza, bardziej stonowana. W pełni lata układ się wyraźnie przesuwa - wchodzą żółcienie, cieplejsze barwy, większa intensywność. Ogród zaczyna pracować zupełnie inną energią. Mamy choćby nachyłki, czerwone jeżówki czy rudbekie. Jesień to ciepłe beże traw i zamierające powoli szkielety bylin, które w takiej postaci będą trwać do wiosennych porządków.

I to nie jest przypadek. To jest świadome operowanie sezonowością i doborem gatunków. Różnica polega na tym, że ten efekt nie wynika z układania palety kolorystycznej na starcie. Kolor nie jest tu fundamentem projektu, tylko czymś, co pojawia się jako konsekwencja dobrze dobranych roślin i ich zachowania w czasie. Innymi słowy - najpierw jest układ, który ma działać, a dopiero potem jego wizualny efekt, który zmienia się razem z sezonem.

I to jest moment, w którym widać różnicę. Bo największe wrażenie robi nie to, jak ta skarpa wygląda w pierwszym sezonie, tylko to, że po kilku latach nadal trzyma formę. Bez ciągłych poprawek, bez walki z tym, co się rozjeżdża.

Mniej kontroli, więcej współpracy

Za tym stoi też inne podejście do samego projektowania. Mniej kontroli, więcej współpracy z tym, co już jest. Projektant nie zmienia tu warunków, tylko je przyjmuje jako punkt wyjścia. Cała praca polega na takim doborze roślin i ich zestawieniu, żeby ten układ miał szansę funkcjonować sam, bez ciągłego poprawiania. Samonapędzająca się zielona maszyna. To oznacza mniej ingerencji, mniej poprawiania

na siłę i większą zgodę na to, że ogród będzie się zmieniał. Właśnie znowu jak mantra powraca pojęcie „ogrodu sukcesyjnego”. Można powiedzieć, że współczesny projektant to ktoś, kto dobiera zestaw roślin tak, żeby mógł się on sam uzupełniać, współpracować i rozwijać w czasie. To nie zawsze jest łatwe, bo wymaga odpuszczenia pewnej kontroli, ale w zamian dostaje się coś, co z czasem zaczyna działać coraz lepiej.

Dlaczego to dziś ma sens?

Przy obecnych warunkach to podejście przestaje być tylko ciekawą alternatywą. Dłuższe okresy suszy, nierówne opady lub opady nawalne, rosnące koszty utrzymania ogrodów - to wszystko sprawia, że projektowanie z nastawieniem na szybki efekt wizualny nie ma sensu. Ogrody powinny reagować, zmieniać się i dostosowywać do coraz trudniejszych pogodowych realiów. Coraz bardziej liczy się to, czy ogród jest w stanie funkcjonować sam, bez ciągłego wsparcia. Czy rośliny są dobrane tak, żeby sobie radzić, a nie wymagać stałej opieki.

I właśnie o tym jest praca Norrisa. Nie o stylu, nie o trendzie, tylko o tym, jak budować ogrody, które naprawdę działają.

Na sam koniec

Takiego podejścia nie da się w pełni zrozumieć na podstawie jednego projektu czy kilku zdjęć. Za tym stoją konkretne decyzje i sposób myślenia, który wchodzi głębiej w temat roślin i miejsca. Ogromne doświadczenie, obserwowanie natury i wyciąganie pewnych wniosków. Zależności i złożoności siedlisk roślinnych i przekładanie ich na język ogrodów i współczesnych ogrodowych wyzwań.

Dlatego jeśli ten kierunek jest Ci bliski, warto posłuchać, jak mówi o tym ktoś, kto pracuje w ten sposób na co dzień. Kelly D. Norris będzie gościem webinaru Garden MasterClass Polska - i to dobra okazja, żeby zobaczyć, jak takie podejście wygląda od środka, już na poziomie konkretnych decyzji projektowych.

Pod linkiem znajdziecie więcej zdjęć projektu :https://www.kellydnorris.com/projects/blank-performing-arts-center


Autor tekstu: MICHAŁ WOJDYŁO – z zawodu architekt krajobrazu - https://michalwojdylo.pl/,z zamiłowania ogrodnik i przyrodnik. Skupiam się w pełni na ogrodach naturalnych, preriowych, bujnych, zmiennych i bioróżnorodnych.

Zdjęcie: Kelly D’Norris


Next
Next

Podmokła działka. Problem czy początek ciekawego ogrodu?