Krótki poradnik przetrwania w dzikim ogrodzie
Jako wielki miłośnik dzikich ogrodów i posiadacz jednego z nich, muszę niestety uczciwie stwierdzić, że taki ogród to nie tylko same korzyści. Posiada on również niestety pewne wady, które nieraz mogą okazać się mocno uciążliwe dla ich właścicieli.
Weźmy choćby takie meszki. Te małe krwiożercze stworzenia są znacznie bardziej uciążliwe od komarów. Nie ma większego znaczenia czy jest ciepło czy zimno, świeci słońce czy pada deszcz, tak naprawdę niespecjalnie przeszkadza im nawet wiatr, o ile nie jest to jakiś huragan. Siedzą w tych naszych zaroślach i tylko czekają na ofiarę. Nie nakłuwają przy tym skóry tak jak komary, a po prostu ją rozrywają swoim super mocnym aparatem gębowym i wstrzykują jad, który błyskawicznie rozchodzi się wokół miejsca ukąszenia, czasem tworząc nawet kilkucentymetrowej długości obrzęki. Swędzi potwornie, a im mocniej drapiemy, tym bardziej jad się rozprzestrzenia. Nie mówiąc o tym, że możemy się nawet nabawić zakażenia rany.
Gdy wreszcie meszki odpuszczą (w moim ogrodzie zwykle dzieje się to po ok. 4 tygodniach od czasu ich pojawienia się i oby ta reguła się nie zmieniła), zapewne ich miejsce zajmą komary. Te są chociaż o tyle lepsze, że rzadko kiedy atakują w pełnym słońcu i w wietrzny dzień, więc spokojnie możemy pielić rabaty, gdy tylko temperatura przekroczy 30 stopni. A jeszcze lepiej 35 – wtedy na pewno nic nam nie grozi. Oprócz udaru słonecznego, rzecz jasna.
Dla miłośników większych stworzeń też coś się znajdzie. Polecam na przykład karczowniki. Niezwykle urocze i nad wyraz zwinne stworzenia, przypominające połączenie chomika (z tej rodziny się wywodzą) ze szczurem (nie na darmo w Polsce potocznie nazywa się je właśnie szczurami wodnymi). Ich naturalnym środowiskiem są brzegi wód, ale ponieważ tak ochoczo lubujemy się w dewastacji tegoż środowiska, więc nic dziwnego, że te sprytne gryzonie szybko wykoncypowały sobie, że w takim razie one zamieszkają w naszych ogrodach. I w sumie nie ma się temu co dziwić. Karczowniki żywią się przede wszystkim roślinami (najbardziej lubią ich podziemne części), a przy tym nie są specjalnie wybredne – szacuje się, że w ich jadłospisie znajduje się łącznie nawet 300 gatunków roślin. Nie ma więc obaw – czegokolwiek byśmy nie posadzili w naszym ogrodzie, karczownik na pewno da radę to zjeść.
Trzeba przyznać, że ma przy tym również poczucie humoru – będzie pochłaniał roślinę w taki sposób, że nie od razu zorientujemy się, że coś jest z nią nie tak. O nie! W zależności od jej wielkości ten proces może trwać nawet i rok. Roślina przewróci się znienacka dopiero wtedy, gdy karczownik obje się już wszystkimi korzeniami czy bulwami. Nie wierzcie też, Szanowni Czytelnicy, w informacje, że to bardzo terytorialne stworzenie i nie znosi konkurencji na swoim terenie. W moim kompostowniku (dość sporym, to fakt) świetnie koegzystują ze sobą co najmniej 2 osobniki. Są też bardzo gościnne, bo w drugiej komorze pozwalają pomieszkiwać myszy polnej. Aczkolwiek nie chcą się przyznać, ile jej liczą za wynajem.
A może chcielibyśmy jednak jakieś bardziej imponujące pod względem rozmiarów stworzenie? Spokojnie, w tej kategorii też coś się znajdzie. Np. taki lis. Ma do wyboru cały ogród, żeby znaleźć sobie miejsce na legowisko, ale z jakiegoś powodu uznaje, że najwygodniej będzie mu na drobnej i bardzo kłującej santolinie cyprysikowatej. Tej ostatniej tak miło raczej nie było, ponieważ większość okazów nie przetrwała starcia z ciężarem lisa. A może waga jeszcze cięższa, czyli dzik, albo od razu dwa? Takie małe warchlaczki, które postanowiły radośnie sforsować ogrodzenie i pohasać trochę po ogrodzie. Szybko im się jednak znudziło, więc w tym przypadku większych strat nie było. A mogły przecież porozbijać chociaż kilka donic, ot tak, dla czystej zabawy.
No dobrze, zapytacie być może, a co, jeśli ktoś jest wielbicielem ptaków? Mam i na to rozwiązanie. Wystarczy zaprosić do ogrodu takiego bażanta, najlepiej z całym jego potomstwem. Nic tak skutecznie (może poza wspomnianymi dzikami) nie rozdepcze łanów świeżo kiełkujących pod drzewami tulipanów botanicznych. Bo przecież wiadomo, że akurat w tym miejscu znajduje się najsmaczniejsze ziarno, które sójki wyrzuciły z karmnika… Sójka nie zadowoli się zresztą byle czym. Musi być orzeszek. I to nie jakiś tam ziemny, tylko taki prawdziwy, laskowy albo włoski. Pewnie mogłaby go sobie zerwać z rosnącego nieopodal orzecha, ale niestety ubiegły ją wiewiórki. Które przy okazji były też szybsze od właściciela tegoż orzecha.
W tym miejscu przerwę już tę wyliczankę, żeby nie straszyć dalej Szanownych Czytelników. Pewnie i tak ciśnie Wam się na usta jedno zasadnicze pytanie – po co w ogóle mieć w takim razie dziki ogród, skoro tyle z tym problemów? Już spieszę zatem z odpowiedzią, a nawet trzema.
Po pierwsze, dziki ogród to życie w najczystszej postaci. To ekosystem, który dąży do punktu stabilności. I jest to piękny proces. To prawda, straciłem kilka roślin w wyniku aktywności różnych zwierząt. Ale 98% pozostałych radzi sobie zupełnie dobrze, a niektóre z nich wręcz znakomicie. I cieszą moje oczy feerią niesamowitych barw i kształtów, a mojemu nosowi dostarczają zapachów wspanialszych niż najlepsza perfumeria. Gdyby w tym ogrodzie nie było meszek, ani komarów, to na pewno nie byłoby też tylu ptaków, a ja nie byłbym oszołomiony ich trelami. Nie mógłbym też obserwować polujących o zmierzchu nietoperzy. Pojedynczy osobnik potrafi skonsumować nawet 2 tysiące komarów w ciągu doby! Karczowniki mogą być problemem w ogrodzie, ale dzięki ich działalności w środowisku naturalnym mogą wyrastać nowe rośliny, a owady i mniejsze gryzonie wykorzystują wykopane przez nie tunele jako miejsca do życia. Zresztą one też mają swoich naturalnych wrogów, począwszy od kotów, poprzez wspomniane lisy, kuny czy sowy. Moje żyły sobie jak pączki w maśle, dopóki pryzmy kompostowe miałem przykryte siatką. Teraz ich aktywność znacznie się ograniczyła. Choć wszelkich miłośników chomików pragnę uspokoić, że co najmniej ich część nadal żyje i ma się świetnie.
Po drugie, aby ekosystem był naprawdę stabilny, musi być kompletny. W przypadku mojego ogrodu ewidentnym problemem jest zbyt mała ilość wody. Mam kilka poidełek/wodopojów poustawianych w różnych miejscach, ale to nie to samo, co oczko wodne. Brakuje mi bowiem płazów i regularnej obecności ptaków drapieżnych. Oczywiście jestem świadom tego, że szybko pojawią się zapewne również bociany, które gniazdują niedaleko, ale cóż, nie będę narzekał. Każdemu według potrzeb.
I wreszcie sprawa ostatnia. Tak, nie będę ukrywał, że dziki ogród wiąże się z pewnymi niedogodnościami (choć mam oczywiście nadzieję, że Szanowni Czytelnicy są świadomi, że opisy sytuacji w pierwszej części tekstu zostały dokonane jednak z pewnym przymrużeniem oka). To jednak cena tak śmiesznie niska za wszystkie korzyści, jakie taki ogród nam daje, że właściwie wspominam o tym jedynie z czystej przyzwoitości. Żeby później nikt nie miał pretensji, że zwabiony do ogrodu wizją udanego polowania jastrząb czy myszołów porwał mu chihuahuę.
Autor tekstu i zdjęć: BARTOSZ MSZYCA – przez wiele był dziennikarzem ekonomicznym (m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Parkiecie” i „Bloomberg Businessweek”). Ogrodnictwem w różnym stopniu zajmował się w zasadzie od dziecka; od kiedy pamięta, uwielbiał również przebywać na łonie natury. Od kilku lat rozwija swój dziki ogród pod Warszawą. Miłośnik łąk i roślin odpornych na trudne warunki glebowe i klimatyczne. Zachęca wszystkich, żeby tworzyli ogrody przyjazne dla dzikich stworzeń. Swoją wiedzę stara się przekazywać m. in. za pośrednictwem konta na Instagramie (bartosz_mszyca). Studiuje podyplomowo Ochronę Środowiska na Uniwersytecie Warszawskim.